Lilly cz 11.

Było chwilę przed dziewiątą jak Lilly weszła do domu. Czuła się tak strasznie zmęczona, Marzyła tylko o gorącej kąpieli i mięciutkiej poduszce. Weszła do mieszkania, zatrzasnęła za sobą drzwi i poszła w stronę sypialni. Gdy zdjęła jednego buta, przechyliła się do tyłu i padła na łóżku. Nie wiedząc kiedy pogrążyła się w sennych marzeniach. Ze snu wyrwał ją telefon.

- Halo – odebrała zaspanym głosem Lilly.

- Witam. Z tej strony Outlander Bank. Czy mogę zabrać Pani chwilę?

- Nie, śpię. Żegnam! – Lilly była wściekła. Tak dobrze jej się spało. No, ale skoro już ja obudzono, to wypadałoby się rozebrać. Gdy już była w samej bieliźnie, ponownie padła na poduszkę i automatycznie zapadła w sen. I znów telefon. – No nie! Cholera! Chyba się wścieknę!

- HALO?! – warknęła do słuchawki.

- Dzień dobry Lilly, tutaj Cris

- A witam szefie, przepraszam. Po prostu myślałam, że to znowu z banku.

- Słuchaj dzisiaj masz wolne, bo Jacob chce mieć wolne w poniedziałek, także zamieniłem wam dni.

- Ok, super, mogę się wyspać porządnie.

- No to już Cię nie męczę. Śpij sobie.

- Ok. Dziękuję i do widzenia.

Ledwo odjęła słuchawkę od ucha i znów usnęła.

Zegar wybijał osiemnastą gdy Lilly wyciągnęła się jak kot i w końcu otworzyła oczy. Czuła się jak nowo narodzona. Z uśmiechem na twarzy zrobiła sobie kawę, włączyła muzykę i rytmicznie bujając biodrami wyszła na taras. Słońce świeciło, ciepły wiatr rozwiewał jej włosy. Czuła się jakaś odmieniona. Pewność siebie aż rozsadzała ją od wewnątrz. Chwyciła za telefon i zadzwoniła do Matt’a.

– No Hej, tu Lilly. Słuchaj szef mi zamienił dni z Jacobem, on dzisiaj za mnie pracuje i mam wolne, także możemy się wcześniej spotkać, a Jacob dołączy do nas. Co Ty na to?

- No spoko, pewnie, to umówmy się o 23 w takim razie pod sklepem.

-Dobra, to do później, papa.

Gdy już zakończyła rozmowę znów poczuła uczucie ściskaniu w żołądku. Stwierdziła, że to z podekscytowania. Dawno nie była na takim wypadzie na piwo. Do tej pory jej życie kręciło się wokół pracy, domu i widzeniach z synkiem. Ale koniec z tym. Dopiła kawę, patrząc na pustoszejące pomału ulice. – Trzeba się w coś ubrać, ale bankowo nie w dres. Może wskoczę w stare rurki i tą biała, przylegającą koszulkę?- Później się zastanowię. Teraz czas na prysznic. Zdjęła bieliznę i weszła do kabiny. Odkręciła wodę, odchyliła głowę do tyłu i pozwoliła by woda swobodnie pieściła jej twarz. Czułą ją jak spływa po delikatnie rozchylonych wargach, potem po szyi, dekolcie i pełnych piersiach. Odsunęła głowę, wzięła żel i zaczęła myć swoje ciało, kawałek, po kawałeczku. Woda opływała jej kobiece kształty.

-Tak, tego mi było trzeba- pomyślała. Zakręciła wodę, zawinęła się ręcznikiem i poszła w stronę salonu pogłośnić muzykę. Zajrzała do szafy i sama się zdziwiła ile ma sukienek, bluzek i butów na obcasie. Zupełnie o nich zapomniała. Kiedy już się wysuszyła, ubrała ciemne rurki, adasie i bluzeczkę z odkrytym ramieniem. Ubrała się, zrobiła makijaż i wyszła.

Było przed dwudziesta trzecią, gdy Lilly dotarła na umówione miejsce. Matt z Ann’ie rozmawiali w sklepie z Jacobem.

- No, no, no Lilly znowu w innej postaci – powiedział Matt – Widziałeś jaką mamy fajna koleżankę?

- Do tej pory nie miałem takiej możliwości, bo chowała swoje…ekhmm – odchrząknął- atuty!

- Ale wy jesteście przyziemni- powiedziała Ann obejmując ja w talii – doprawdy, wy faceci to tylko cycki widzicie u kobiet! Weźcie nam po trzy piwa, my idziemy na ławeczkę po drugiej stronie.

- A swoją drogą kochana- kontynuowała Ann- Twoja metamorfoza jest dla mnie niesamowita. Wyglądasz ślicznie, tak kobieco.

-  Nie zawstydzaj mnie – Lilly uśmiechnęła się zakłopotana – po prostu stwierdziłam, że nie mogę się załamywać problemami i przestać dbać o siebie. Im bardziej życie daje mi po tyłku, tym bardziej muszę odpierać jego ataki.

- Prawidłowo. Tak trzymaj!

Po chwili ze sklepu wyszedł Matt, a do niego dołączyła Izabelle. Wszyscy byli w komplecie.

Altanki, pod którymi zazwyczaj wszyscy się spotykali mieściły się po drugiej stronie ulicy, naprzeciw sklepu monopolowego, w którym wszyscy pracowali. Obok nich był wysoki nasyp, po którym jeździły pociągi.  Za nasypem była pętla tramwajowa otoczona starymi dębami. Mnóstwo drzew, trawy i spokój. Tam policja zazwyczaj nie zaglądała. Z resztą dzielnica, w której mieszkała i pracowała Lilly ( Screamy)  była bardzo spokojna. Interwencje policji były naprawdę bardzo sporadyczne. Można było czuć się tam bezpiecznie. Człowiek nie bał się nocą iść po ulicy. Wszyscy znali Lilly od małego, także była spokojna.

Zbliżała się północ. Ruch w sklepie robił się coraz większy, zważywszy na to, że była sobota, a to był jedyny w okolicy sklep całodobowy.

Lilly z całą resztą świetnie się bawili. Śmiali się, rozmawiali. Oczom Lilly ukazał się jej bardzo dobry znajomy Will. Szedł z jakimś kolegą w stronę sklepu.

- Halo Will! Ładnie to tak łazić po nocach? Do domu, a  nie – krzyknęła wesoło.

Will zmienił kierunek. Zmierzał z kolegą w jej stronę.

- A Ty co? Ładnie tak browarki walić po nocy?

- Wolne mamy to się relaksujemy – odpowiedział Matt, biorąc łyk piwa uśmiechając się jednocześnie.

Kolega Willa nic się nie odzywał, tylko przysłuchiwał się rozmowie cały czas wpatrując się w Lilli.  Dziewczyna była speszona, a jednocześnie zaintrygowana nieznajomym mężczyzną. Był on wysokim, dobrze zbudowanym ciemnym blondynem o dużych, niebieskich oczach. Zawstydzenie pozwalało jej jedynie nieśmiało spoglądać kątem oka na nieznajomego.

- Pijecie coś, bo idziemy po piwo?- zagadnęła w końcu Willa Ann. – Chcesz coś Lilly?

- Sama nie wiem, dlatego powiedz co Ty chcesz, a ja przyniosę – odpowiedziała.

- Masz, kup co tam chcesz- odezwał się do Lilly nieznajomy, podając jej swój portfel.

- Dziękuję, stać mnie jeszcze na piwo – odrzekła z uśmiechem Lilly.

- A mogę chociaż pójść z Tobą?

- Jak chcesz to chodź – odparła niby obojętnie.

Przeszli oboje przez ulicę i pod sklepem nieznajomy ponownie się odezwał

- Raven  jestem.

-Lilly.

 

 

Lilly cz 10.

- No, już 23:20. Czas wychodzić – powiedziała Lilly, po czym zamknęła drzwi na klucz.

Idąc tak ulicą była lekko nieswoja. Jak takie dzikie zwierzątko. Czuła na sobie spojrzenia innych ludzi, a to było dla niej krępujące.

Po dziesięciu minutach drogi doszła do pracy. Otworzyła drzwi sklepu i się zmieszała. Dziewczyna za ladą patrzyła na nią z niedowierzaniem, a szef był lekko zszokowany jej wyglądem.

- Lilly, ekhm, to, no…Jak Ty dziś ładnie wyglądasz – wydukał.

- Witam Szefa. Dziękuję – odparła Lilly, po czym szybko poszła na zaplecze, by rozliczać kasę. Była lekko zmieszana, a jednocześnie miło jej się zrobiło, że jej zmiana pozytywnie jest odbierana. Do tej pory szef jak i koledzy z pracy widywali ja tylko w dresach, a tutaj zmiana.

Lilly w makijażu, w zwiewnej błękitnej sukience z niewielkim dekoltem, odsłaniającym delikatnie kształt jej piersi i pantoflach na obcasie – wprawiała w osłupienie, a raczej zadziwienie, że z dresiary zamieniła się w piękną, zmysłową kobietę.

- Lilly mogę Cię prosić?- zawołał ją szef.

- Tak?

-Słuchaj, ja wiem, że ty pracę kończysz o ósmej rano i musisz odespać, ale czy możesz przyjść jutro na szesnastą? Bo muszę zmienić grafik , żebyście się zmieniali.

- Jasne nie ma problemu- powiedziała Lilly, po czym stanęła za kasą.

Ruch w sklepie był duży, zważywszy na porę letnią i to, że była piątkowa noc. Lilly była zadziwiona reakcją ludzi i znajomych na jej widok. Tak wiele komplementów dawno nie słyszała. To dodało jej sił. Poczuła się znów piękna.

Dzięki temu, że atmosfera była miła, a klientów dużo czas szybko zleciał i Lilly ani się nie obejrzała, a już była zmieniana przez Matta.

- O kurcze! Cześć Lilly! A cóż to za zmiana? Wyglądasz rewelacyjnie – uśmiechnął się.- Nie wiedziałem, że mam taką śliczną koleżankę. Tak powinnaś chodzić.

- Dziękuję, taki mam zamiar. Idę się rozliczyć i spać, bo mam tu być z powrotem na szesnastą, bo szef grafik zmienia.

- Ok, ok. To do później.

- To papa.

- A Lilly! Ty będziesz teraz na drugiej zmianie z Angelą. Pomyślałem, że może przyjdę z Ann na koniec waszej zmiany, kupimy jakieś piwko i wypijemy naprzeciwko pod altankami? Co Ty na to?

- Jasne. Tylko zadzwońcie jeszcze po Izabelle i będziemy w komplecie.

- Ok. Załatwione. Miłych snów Lilly.

- Dzięki – odpowiedziała po czym wyszła.

 

Lilly cz 9.

Po porządnie mocnej kawie, prysznicu i tabletkach przeciwbólowych dziewczyny wróciły do równowagi.

-Bonnie, wiesz, że musisz mnie odwieźć do pracy? Więc może łaskawie idź sobie poleż, zregeneruj się trochę, a ja idę na molo.

- No ok. W sumie dobrze mi zrobi jak się położę.

Lilly wzięła sweter, narzuciła na plecy i wyszła na zewnątrz. Od razu poczuła na twarzy przyjemny wiatr niosący zapach wody. Idąc przez ogród napawała się promieniami słońca, które pieściły jej twarz, śpiewem ptaków, które rozkosznie ćwierkały między gałęziami drzew z liśćmi o soczystej barwie zieleni. Kiedy weszła na molo przymrużyła oczy. Słońce odbijające się od tafli wody dawało wrażenie miliona ruchliwych diamencików. Po krótkim spacerze wzdłuż molo, Lilly dotarła do altanki, w której stały dwie skórzane kanapy i piękna szklana ława. Usiadła wygodnie na jednej z nich i wpatrywała się w skrzącą się wodę. Tak, tego jej było trzeba. Moment wytchnienia od szaleńczych wydarzeń minionych tygodni.

Kiedy tak siedziała wpatrzona w wodę, niespodziewanie naszło ją uczucie błogiego spokoju. Sama była tym zadziwiona. Czuła się, jakby ktoś wylała balsam na jej zdruzgotane serce. Od tego momentu poczuła, że coś się zmieni na lepsze. I doszła do wniosku, że nie może tak się załamywać, że musi być silna. Wzięła głęboki oddech i sercem pełnym energii i nadziei wróciła do domu. Zostało parę godzin do północy i trzeba wracać do domu, wyszykować się i do pracy. Pieniążki same się nie zarobią.

- Bonnie! Wstawaj śpiochu-wykrzyczała od progu- trzeba jechać. Ale nikt się nie odezwał. Przeszła przez kuchnię i weszła do salonu.- Jest paskuda, tylko śpi wygodnie w wyrku i mnie nie słyszy- powiedziała szeptem do siebie Lilly. Po cichu przyczaiła się na Bonnie, jak polujący lew, po czym wskoczyła na nią. Bonnie tylko jęknęła.

– Lilly wariatko. Chcesz mnie połamać?

- Wstawaj kochana, musisz mnie do domu odwieźć, bo ja do pracy mam na dwunastą.

- Ojej, a cóż to się stało, że jesteś taka uśmiechnięta? Aż miło na Ciebie patrzeć.

-No właśnie sama nie wiem. Siedziałam w altance, patrzyłam na jezioro i jakoś taki spokój na mnie spłyną. W ogóle doszłam do wniosku, że muszę zacząć bardziej o siebie dbać. Spodnie zamienić na sukienki, dresy na jakieś fajne rurki. A to oznacza zakupy.

- No w końcu zaczynasz mówić do rzeczy!- przyklasnęła jej Bonnie- Już dawno Ci to mówiłam. Ładna jesteś dziewczyna, a chodzisz jak dresiara. Zrobimy z Ciebie łabędzia, moje Ty brzydkie kaczątko.- uśmiechnęła się Bonnie.

 

Było po osiemnastej, gdy Lilly zatrzasnęła drzwi od samochodu Bonnie i weszła do mieszkania.

- Oj, trzeba tu stanowczo posprzątać. Ale to jutro jak odeśpię nocną zmianę.

Zrzuciła z siebie kurtkę, buty i pomaszerowała w stronę łazienki. Napuściła wody do wanny i się rozebrała.

–„ Ładna jesteś dziewczyna, a chodzisz jak dresiara” – chodziły jej po głowie słowa Bonnie. Po tych wszystkich wydarzeniach, które ją spotkały, Lilly straciła poczucie własnej wartości. Przestała czuć się atrakcyjna i zaczęła kryć swoje ciało pod warstwą dresów, a buzię pod czapką z daszkiem.

Teraz, kiedy tak stała naga przed lustrem, zaczęła siebie analizować. Opuszkami palców zakreśliła rysy twarzy, rozpuściła włosy i przyglądała się sobie.

- Może Bonnie ma rację. Jakbym troszkę poprawiła swój wygląd i podkreśliła swoje atuty? – zastanawiała się.

Lilly była wysoką, smukłą szatynką o dużych, zielonych oczach. Miała zmysłowe, pełne usta, duże piersi i długie nogi. Jednak te wszystkie wydarzenia, a mianowicie rozstanie ze Stevenem, ciągłe awantury, walka o dziecko i praktycznie brak relacji z matką sprawiły, że Lilly zapomniała o sobie. Przestało jej zależeć. Jednak dziś nastał przełom. Postanowiła wrócić do czasów, gdy była zadbaną i pewną siebie kobietą.

Lilly zerknęła na zegarek. – Jest dziewiętnasta, a więc mam pięć godzin, aby poprawić swój wygląd – powiedziała.

Wróciła do pokoju, włączyła muzykę, wzięła szklankę soku i wróciła do łazienki.

- No to zaczynamy!

Nasypała soli morskiej do wody, wlała płyn do kąpieli po czym zanurzyła się w pianie i oczami wyobraźni układała scenariusz od czego zacznie.

 

Lilly cz 8.

Było grubo po dwunastej kiedy Lilly się przebudziła. Matko co to było za uczucie. W głowie miała burdel jak cyganka w tobołku, oczy jak zasypane piaskiem i to uczucie suchości w ustach.

- Ja pierniczę! Suszy mnie jak dzika po szyszkach! Bonnie!- powiedziała ledwo ruszając ustami- Bonnie! Wstawaj! Już po dwunastej..

- Co chcesz? Spadaj! Ledwo żyje! – powiedziała zachrypniętym głosem Bonnie

- Mamy coś do picia? – zapytała Lilly.

- Coś do picia?! To po to mnie budzisz? Nie wiesz gdzie jest kuchnia? Moja głowa! Sass- zasyczała. – Coś jeszcze?

- Yyy…jakby Ci to powiedzieć. Czy Ty przypadkiem nie miałaś na dziewiątą do pracy?

- O fuck!- Bonnie tak gwałtownie się zerwała, że aż zaplatała się w kołdrę i gruchnęła na podłogę.- Telefon! Gdzie jest mój telefon! Kurde, kurde, kurde ! Szef mnie zabije! Fuuuuck!

- Nie wrzeszcz tak! Głowa mi pęka- powiedziała Lilly, po czym nakryła głowę poduszką.

Bonnie biegała po domu jak oszalała. W końcu udało jej się znaleźć telefon i dodzwonić do pracy. Co tu wymyśleć? – kombinowała w głowie – A w dupie! Wezmę urlop na żądanie. Powiem, że sprawy rodzinne.

I tak też zrobiła.

Gdy już załatwiła sprawę pracy, wstawiła wodę na kawę i zaczęła szukać tabletek przeciwbólowych.

To co się z nią działo, było ponurym żartem. Tak źle jeszcze nigdy się nie czuła. Cała się trzęsła, żołądek podchodził jej do gardła, a w głowie huczało jak w artylerii. Oj! – westchnęła Bonnie, po czym popędziła ile sił do toalety. Wyszła po piętnastu minutach z zaczerwienionymi oczami, trzymając się za żołądek. Tuż przed nią stanęła Lilly.

- Co tam robiłaś- zapytała.

- Modliłam się- odpowiedziała Bonnie

- Przecież Ty niewierząca jesteś.

- Do kibla się modliłam! Cholera jasna! Więcej z Tobą nie piję! – i w tym momencie zatrzasnęła za sobą drzwi od toalety.

- Jak to mówią- powiedziała Lilly- przyłóż ucho do muszli, a morze usłyszysz…

 

Lilly cz 7.

Deszcz ustał, a razem z nim gorzkie łzy Lilly.

-Chodź kochana, zrobię nam pyszną, gorącą czekoladę. Nie ma to jak trochę kalorii na chandrę – powiedziała Bonnie uśmiechając się ciepło.

- Szczerze? – zapytała Lilly.

- No?

- Najchętniej to bym teraz wzięła butelkę brandy, lód, siadła przed Twoim kominkiem i wieszała psy na tym sukinsynie i jego przeklętej matce!

- No to długi ranek przed nami, bo już trzecia. Idź po szklanki, a ja rozpalę w kominku. Może powiesz mi dokładnie, co się dzisiaj wydarzyło.

Po około piętnastu minutach siedziały obok siebie na kanapie przed kominkiem i Bonnie słuchała o sytuacji jaka spotkała Lilly.

- Wiesz co jest najgorsze? Najgorsze jest ta jego cholerna matka! Ona zawsze mieszała, we wszystko się wtrącała! I nikt nie wierzy mi tylko jej! Do cholery, nawet moja matka się ode mnie odwróciła! Ja i heroina? Ja i kobieta do towarzystwa? Proszę Cię! Nie wierze, po prostu nie wierzę!

- Nie myśl o tym co inni gadają. Nie wiesz jacy ludzie są Lilly? Najlepiej żyć cudzym życiem i puszczać ploty. Nie martwi mnie to co o Tobie gadają, tylko to co ten cholerny Steven ma zamiar zrobić. Ale uważam, że powinnaś zgłosić to, jak Tobą rzucił o ścianę.

- Oczywiście, już widzę jak ktokolwiek mi w to uwierzy. Od początku to ja jestem tą złą, wyrodną i bez kręgosłupa moralnego!- w tym momencie wzięła duży haust brandy, otrzepała się i zażyczyła sobie dolewki,

- Będziesz jutro żałować Lilly-śmiała się Bonnie- a ja razem z Tobą. Tylko różnica między nami jest taka, że Ty idziesz na 24 do pracy, a ja na 9 rano. Jest piąta , a ja dalej wlewam w siebie ten cholerny trunek! I w tym momencie obie wybuchły śmiechem.

Było po siódmej rano, gdy skończyła się brandy. Obie  chwiejnym krokiem poszły do sypialni i tak jak stały padły na łóżko.

 

Lilly cz 6.

Bonnie mieszkała czterdzieści minut drogi od Marcus Sq. Dlatego sama nie rozumiała w jaki sposób znalazła się u boku Lilly już po 15 minutach. Doprawdy nie była w stanie tego pojąć. Ale teraz nie to się liczyło. Wyskoczyła z samochodu i stanęła jak wryta. Serce jej zamarło. Lilly siedziała na chodniku  z podkulonymi nogami, cała mokra,opierająca czoło o kolana. Podbiegła do niej, podniosła jej głowę i ujrzała bladą twarz, z purpurowymi policzkami i drżącymi ustami.Ale najgorsze były oczy. Nieobecne, bez blasku, bez życia. -Kochana, już jestem. Chodź, przytul się- jesteś cała zmarznięta. Zaprowadziła Lilly do samochodu i po chwili były w drodze do Another Village, miejscowości w której mieszkała Bonnie. Obie kobiety całą drogę milczały. Bonnie spoglądała co chwilę na swoją przyjaciółkę z lekkim niepokojem. Jeszcze w takim stanie jej nie widziała. Droga minęła złowrogo. Głucha cisza co jakiś czas przerywana grzmotami,czarne niebo rozjaśniane uderzeniem pioruna, ulewny deszcz i to puste spojrzenie Lilly. Mówią, że oczy są lustrem wnętrza-jej oczy nie wyrażały nic. Jakby coś wyssało z niej całe życie. Była tak bardzo opustoszała w środku  że można było usłyszeć głośne echo jej bijącego serca.

Samochód zatrzymał się na podjeździe malowniczego domu, za którym mieścił się piękny duży ogród z widokiem na jezioro. Z ogrodu Bonnie przez kawałek jeziora ciągnęło się  coś na styl molo, które przechodziło w altanę. Lilly wysiadła z auta, rozejrzała się dookoła, zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. W tym momencie nic nie czuła. Czas się zatrzymał.

Lilly cz 5.

Siedziała oparta o ścianę, z bolącymi plecami i zanosiła się płaczem. Nie miała na nic siły. Jedyny sens życia jakim był mały Johnny został jej zabrany. Ból, który przeszywał jej serce był nie do zniesienia. Miała wrażenie jakby ktoś pazurami rozrywał jej klatkę piersiową i próbował wyszarpać i tak ledwo bijące już serce. W głowie wciąż huczały jej słowa Stevena „zobaczysz na co mnie stać suko!”. Dlaczego on jej tak nienawidził? Dlaczego tak bardzo się na niej mścił?

Pomału podniosła się i ruszyła przed siebie. Po policzkach płynęły jej łzy, które znikały na tle kropli deszczu. Razem z Lilly płakało całe niebo. Starała się opanować, przestać płakać, ale nie mogła. Znów padła na kolana. Mokra, zziębnięta odchyliła głowę do tyłu i zaniosła się płaczem, który zagłuszały huki piorunów i nawałnicy.

Ludzie mijali Lilly, jakby postradała zmysły. W sumie co się im dziwić. Nie na co dzień widzi się klęczącą w kałuży kobietę, która mówi sama do siebie i płacze. W takim teraz stanie była Lilly. Miała wrażenie jakby cały świat był pustynią. Nie miała siły żyć. W tym całym swoim żalu, rozpaczy zapomniała, że ma Bonnie. Wycierając nos rękawem, klęcząc na chodniku w strugach deszczu wykręciła numer jedynej osoby, która teraz mogła by ja podnieść z tego padołu rozpaczy. Czekała jak otępiała, na reakcję z drugiej strony telefonu. W końcu usłyszała zaspane „halo”.- Bonnie? Proszę,zabierz mnie stąd!-płakała-Lilly?Lilly skarbie co się stało? Gdzie Ty jesteś, wiesz która jest godzina?-w tym momencie Lilly zdała sobie sprawę, że minęło parę godzin od rozstania z synkiem.-Zabierz mnie proszę! Przyjedz po mnie, jestem na Marcus Square na ulicy. Nie ma już sił, nie chce mi się żyć…-Dobrze kochanie, już jadę, czekaj tam na mnie-mówiła czule Bonnie-nigdzie się nie ruszaj.

Lilly cz 4.

Gdy tak beztrosko bawili się w parku, rozdzwonił się telefon. To Steven. -Dlaczego mojego syna jeszcze nie ma w domu?! -Twojego? Halo! Z tego co mi wiadomo to ja jestem jego matką! – Może i go urodziłaś, ale nie zapominaj, że sąd przyznał mi opiekę, a nie Tobie! Także za pięć minut widzę Johna w domu! Trzask! Odłożył słuchawkę.

Lilly była tak roztrzęsiona tą całą rozmową, że nie mogła pohamować łez. Padła na kolana i szlochając, z całych sił wzięła niczego nie świadome dziecko w ramiona. Tuliła je, całowała i pytała się boga : Dlaczego? Dlaczego ją to spotkało? Przecież to jej syn, to pod jej sercem się rozwijał! To ona go urodziła, była  z nim, pieściła! A Steven? Tylko się bawił, pił i awanturował. To on, a nie ona, balował po parę dni i nawet nie zaglądał do dziecka! Ale co z tego. Wystarczy mieć wpływy, znajomości i duże plecy i można zrujnować komuś życie! Ale dlaczego? Chyba nigdy nie znajdzie na to pytanie odpowiedzi…

Burzę myśli rozwiał kolejny telefon. Znów Steven. Tym razem nie odebrała. Ogarnęła się, ucałowała synka i ruszyła z nim w stronę domu. Niestety nie swojego, tylko tej przeklętej Clarens. W końcu doszli do bloku.Lilly nie zdążyła zadzwonić domofonem, gdy drzwi bramy nagle i gwałtownie otworzyły się. To był wściekły Steven. – Co Ty sobie wyobrażasz? Że nie obowiązują Cię zasady ani ustalenia? O której miałaś być? O której miałaś być z moim synem?!-krzyczał.-Uspokój się! Johnny chciał pokarmić jeszcze kaczki. Nie krzycz tak, bo on się boi-mówiła drżącym głosem, tuląc mocno synka do siebie.-Oddaj mi mojego syna suko! Nie myśl, że ujdzie Ci to na sucho! Zgłoszę to! Zobaczysz!-krzyczał. Wyrwawszy płaczącego Johnego z rąk Lilly powiedział przez zaciśnięte zęby-Jeszcze się przekonasz suko, do czego jestem zdolny!-i w tym momencie popchnął z całej siły Lilly aż ta osunęła się o ścianę. Nie mogła pohamować łez.Po raz kolejny…

Lilly cz 3.

Wchodząc schodami czuła jak serce jej rośnie-zaraz zobaczy swój największy skarb. Zadzwoniła dzwonkiem, drzwi otworzyły się. Mały John podreptał swoimi malutkimi nóżkami w stronę Lilly śmiejąc się i krzycząc „mama”. Lilly aż lzy poleciały po policzku. Nikt nie był w stanie sobie wyobrazić co czuła. Wewnętrznie rozdzierała ją radość lecz i ona prysnęła na widok  Clarens. Jej podły uśmiech, którym obdarzyła Lilly przechodząc z pokoju do łazienki był mrożący. Lilly aż się zagotowała. Jednak wiedziała, miała tę świadomość, że musi się opanować, nie może dać się sprowokować, bo ta kobieta wszystko wykorzysta przeciwko niej. Ubrała kurteczkę Johnowi i już łapała za klamkę, gdy usłyszała za sobą głos Clarens- Pamiętaj, dziewiętnasta i ani minuty dłużej. Lilly poczuła jak pięści jej się zaciskają, aż bledną jej kostki, rumieniec wypłynął na policzki, które teraz płonęły. Rozejrzała się kątem oka i w kącie przedpokoju zobaczyła duży klucz hydrauliczny. Serce waliło jej jak oszalałe, myśli tak bardzo kłębiły się w głowie, że aż słyszała jak zderzają się ze sobą. Oddech przyspieszył gwałtownie, zęby zazgrzytały, sięgnęła po klucz i zamachnęła się, gdy nagle usłyszała głos Stevena- Młody się zgrzeje, idziecie? W tym momencie zauważyła, że klucz stoi na miejscu, i zamiast niego trzyma w dłoni mała rączkę Johna. Oszołomiona i wystraszona swoimi myślami, wyszła pospiesznie z mieszkania. Serce nadal waliło jej jak młotem. Była przerażona.-Jak tak potworna wizja mogła powstać w jej głowie? Czy byłaby w stanie zabić tą przeklętą Clarens, przez która straciła dziecko? Czy naprawdę byłaby do tego zdolna? Z rozmyślań wybił ją najsłodszy dźwięk jaki mogła usłyszeć-głosik małego Johna-” Mama oć”. Serce jej stopniało, a do oczu napłynęły łzy. -Jasne syneczku. Mamy mało czasu. Nie będziemy marnować ani sekundy. Najpierw mała pizza, potem park i karmienie kaczuch. Co Ty na to skarbie?- Kaka! Kaka!- usłyszała w odpowiedzi. Czarne chmury znad jej głowy rozwiała bryza matczynej miłości jaką darzyła swojego synka i teraz radośnie z nim maszerowała do pizzerii. Zamówili pizzę z podwójnym serem na grubym cieście i sosem. Poczekali  piętnaście minut i odebrali pudełko z jedzeniem, po czym ruszyli w stronę parku. Idąc z małym Johnem Lilly nie była w stanie oderwać od niego oczu. Chciała się na niego napatrzeć, tak jakby to miało starczyć do czasu następnych odwiedzin. Był taki śliczny, rumiany, uśmiechnięty o psotnie błyszczących oczkach. Mały,kochany Johnny-najwspanialszy cud, jakiego mogła być współtwórcą.

Kiedy doszli już do parku usiedli na ławce i otworzyli pudełko. Lilly urwała kawałek pizzy i patrzyła jak mały łasuch rozkosznie walczy z nią. Cały w sosie pomidorowym, na nosku, brodzie, rączkach. -Dziecko brudne, dziecko szczęśliwe-pomyślała uśmiechając się do siebie i gładząc mała czuprynę dziecka westchnęła. Tak bardzo chciałaby mieć go cały czas przy sobie. Nie dowierzała, że sąd mógł podjąć taką decyzję. Przecież to wszystko co o niej mówiono, te plugawe oszczerstwa, że pije, ćpa, zarabia ciałem…w tym momencie łza zawisła na jej rzęsie. Głośno przełknęła ślinę i niemal niesłyszalnym,łamiącym się głosem szepnęła-”To nie prawda”…

-No kochanie…-powiedziała po chwili ogarniając uczucia- czas podzielić się z kaczuszkami. Mały John pisnął radośnie i pobiegł w stronę ogrodzonego stawu. -Kaka! Kaka!-krzyczał radośnie malec,a jego śmiech rozbrzmiewał echem.